OBYCZAJE, OBRZĘDY, TRADYCJA

Iwona Zbroszczyk

„Cmentarze to nie tylko zmarli, to również ludzie, którzy tu żyją".1 Cmentarze to wspólnota, do której należą ci, którzy odeszli oraz żyjący — ci, co odejdą. Przekraczając bramę, przekraczamy granicę pomiędzy światem żywych a światem umarłych. Nasza pamięć o zmarłych towarzyszy wszystkim, jest żywa.

Cmentarze mają swoje święta. W Dniu Wszystkich świętych i Dzień Zaduszny dzięki umarłym jednoczą się żywi. Dzięki nim miejsce to ożywa: trwają spotkania nad grobami, wspomnienia, opowieści o dniu codziennym, a za murami, przy bramach, trwa jarmark. Wzdłuż ulic i muru ciągną się stoliki ze zniczami, wszędzie widać złote chryzantemy, ludzi jedzących obwarzanki. Cisza cmentarna tego dnia nie ma racji bytu: ludzie hałasują, modlą się na głos. Wypełnione spacerującymi ludźmi alejki jarzą się tysiącem światełek — znakiem więzi między duszą zmarłą a żyjącą. Przez wszystkie cmentarze przechodzą tłumy ludzi odwiedzających groby swych bliskich. Do późnej nocy widać na niebie łuny z nagrobnych płomyków. 

W naszej obrzędowości funkcjonuje wiele obyczajów mających początek w czasach pogańskich — również tych związanych ze zmarłymi. „Nie bez powodu, mimo usilnych starań Kościoła, wielu katolikom początek listopada najpierw kojarzy się z Zaduszkami, a dopiero potem dniem Wszystkich Świętych — czyli wszystkich zbawionych."2

Kościół nakazuje modlitwę, gdyż ona i ofiary składane kapłanom za wymienienie zmarłych w wypominkach, miały skrócić cierpienia dusz przebywających w czyśćcu oraz zapewnić im wieczny spokój.

Spośród wielu obyczajów o charakterze pogańskim, które trwale zapisały się w naszej tradycji, Kościół szczególną uwagę przykłada do obrzędu pogrzebowego, który „(...) powinien jaśniej wyrażać paschalny charakter śmierci chrześcijanina"3. „Owa śmierć jest dopełnieniem nowych narodzin zapoczątkowanych na chrzcie, to przejście z życia doczesnego do życia w królestwie niebieskim.

Pogrzeb jest obrzędem liturgicznym Kościoła, który ma wyrażać łączność ze zmarłym oraz wiarę w życie wieczne. Obrzędy liturgii rzymskiej proponują trzy formy pogrzebu, odpowiadające miejscom ich sprawowania (dom, kościół i cmentarz). Bierze się również pod uwagę zwyczaje lokalne, „czego wymaga kultura i pobożność ludowa". Celebracja zawiera cztery główne momenty: pozdrowienie wspólnoty, liturgię słowa, ofiarę eucharystyczną oraz pożegnanie zmarłego. Ostatnie pozdrowienie czcimy śpiewem na znak rozstania — śmierć nie oddziela nas od siebie, gdyż wszyscy podążamy tą samą drogą i spotkamy się w tym samym miejscu4.

Chowanie zmarłego zawsze było uroczystością bardzo emocjonalną. Niedopełnienie obrzędu traktowano jako element nieszczęścia. Oprawę pogrzebu, oprócz elementów religijnych, tworzyły też elementy obyczajowe.

W Encyklopedii kościelnej podług teologicznej encyklopedii Wetzera i Weltego, w tomie XX z 1894 r. czytamy: „Pogrzeb jest to zbiór modłów i ceremonji z któremi zmarłego grzebiąc, chowając w ziemi, miłosierdziu Bożem go polecamy (...) Eksportacja zwłok do kościoła czy na cmentarz, odbywa się procesjonalnie. Krzyż, rękojmia nadziei i znak zmartwychwstania, poprzedza wszystkich. Odzywa się śpiew, pozorną sprzeczność stanowiący z żałobą i łzami krewnych; (...) Gdy ciało zmarłego przeniesionem zostanie do kościoła, rozpoczyna się szereg modlitw (...) wyrażających uczucia: bojaźni, drżenia i płaczu, oraz nadziei i pociechy. Nie rad jest też Kościół (...) żegnać swoje dziecię bez Ofiary ś., w pośród której śpiewa prozę „Dies irae". Po Ofierze Ś. ma miejsce absolucja czyli kondukt, t. j., obrzęd uwolnienia, zerwania więzów, któreby mogły zatrzymywać duszę zmarłego po za niebem, oddalenie nieprzyjaznych mocy, któreby mogły zakłócać spoczynek ciała5. Towarzyszy temu śpiew. Wszyscy modlą się o miłosierdzie, odmawiając „Wieczny odczynek...". „Zaniósłszy wreszcie w pośród pieni i modlitw ciało zmarłego na cmentarz, chowa je w ziemi, aby tam czekało sądu ostatecznego (...) krzyż postawiony świadczyć będzie żywym, że pochowany tu jest chrześcijanin"6.

W niektórych rejonach Polski panuje przekonanie, że „do samej bramy cmentarnej dusza trzyma się jeszcze człowieka, dlatego też zwłoki są lżejsze, a dopiero gdy trumnę wnoszą na cmentarz, dusza opuszcza ciało i wtedy staje się cięższa."7
W tej samej encyklopedii przeczytać możemy, że wszystkie ciała powinny być (o ile to możliwe) składane w tym kierunku jak wierni stoją w kościele, tj. twarzą do ołtarza, „gdy zaś ołtarz wielki powinien być po stronie wschodniej, przeto i groby na cmentarzu, o ile możności, w kierunku od wschodu na zachód kopane, a ciała w nich nogami na wschód, a głową na zachód winny być składane; kapłanów zaś przeciwnie, głową do wschodu".8

W początkach funkcjonowania Cmentarza Bródnowskiego trumny przewożono taborem zarządu cmentarza, potem — prywatnym.

Na ulicach Warszawy pierwsze „wozy śmiertelne" pojawiły się w 1783 r.9

Pogrzeby dzielono na klasy, które różniły się liczbą koni i żałobników oraz strojem10. Wyrażały one cenzus majątkowy.

Opłata za pierwszą klasę dla dorosłych chowanych z Warszawy wynosiła na Cmentarzu Bródnowskim 73 ruble 50 kopiejek11. Obejmowała karawan o czterech gradusach, sześć koni, dziewięciu asystentów, woźnicę i przewodnika.
Opłata za pogrzeb drugiej klasy wynosiła 48 rubli i 50 kopiejek (cztery konie, ośmiu asystentów, woźnica i przewodnik)12. Dla porównania na Powązkach wynosiła 50 rubli13. Kolejne taryfy opłat były następujące: klasa trzecia (cztery konie, sześciu asystentów, woźnica i przewodnik) — 24 ruble, 50 kopiejek — pogrzeb mniej ozdobny; klasa czwarta — (dwa konie, czterech asystentów i woźnica) — 8 rubli, 30 kopiejek; klasa piąta — taki sam karawan jak w klasie czwartej, jednak bez asysty a z przewodnikiem z krzyżem — 5 rubli, 25 kopiejek; klasa szósta (jeden koń oraz przewodnik z krzyżem) — 2 ruble, 50 kopiejek.

Istniała jeszcze klasa siódma. Był to jednokonny lakierowany karawan, gdzie trumnę wsuwało się do urządzonej na nim skrzyni. Był on darmowy na zasadzie atestów ubóstwa14.

Kwoty za pogrzeby dzieci były inne i wynosiły odpowiednio: klasa pierwsza 17 rubli, 50 kopiejek, druga — 5 rubli, 68 kopiejek, trzecia — 2 ruble, 35 kopiejek i klasa czwarta — 1 rubel, 35 kopiejek15.

W cenę wchodziła „posługa kościelna, podzwonne, wykopanie grobu itp."16

W książce Hanny Zborowskiej Humor w genach czytamy: „Sunął taki pojazd oszklony, paradny i luksusowy, zaprzężony w dwa, a czasem nawet cztery konie. Te, okryte czarnymi kapami, człapały wolno, a nad ich łbami powiewały zwiewne kity. Dwaj karawaniarze, w strojach czarnych i dostojnych, siedzieli na koźle. Nakrycia z pelerynami były lamowane srebrną taśmą, a na głowach mieli wspaniałe, prawie napoleońskie kapelusze. Baty dzierżyli tylko symbolicznie. (...) Gdy pogrzeb był szczególnie wystawny, obok karawanu kroczyli dwaj albo czterej „adiutanci", niosący na kijach dyndające latarnie."17

Gdy Rosjanie ustąpili z Warszawy, zaczęły pojawiać się karawany typu „wiedeńskiego" — platformy z daszkiem. Stanowiły własność prywatnych przedsiębiorców pogrzebowych. „W wiedeńskich łatwiej umieszczać zwłoki, gdyż je się wsuwa, ale rozmaite karawany tego typu, jakie się spotyka na ulicach Warszawy, są nieestetyczne i nieodpowiednie."18

„Biedny i przygnębiający był w latach dwudziestych cmentarz na Bródnie. Liczne kondukty żałobne przybywały z miasta z nieboszczykami na dwukółkach. Była to najskromniejsza forma pochówku: czarny wózek na dwóch kołach z trumną ciągnął żałobny pracownik zakładu pogrzebowego."19

Po wojnie zlikwidowano karawany konne. Dwukółki zniknęły na rzecz transportu samochodowego.

Rodzina dużą wagę przywiązywała do maści koni. Najczęściej proszono o konie kare.

Kondukty żałobne zmierzające na Cmentarz Bródnowski musiały pokonać trudną, wyboistą trasę. Żałobnicy, idąc pieszo byli „zasapani, umęczeni, zabłoceni i zakurzeni".20 Dojazd do cmentarza nie był uregulowany. Na wybrukowanej uliczce wiodącej przez puste pola dwa karawany z trudnością mogły się minąć. Dopiero w 1900 r. poszerzono ją nieco i wyłożono chodnikiem z płyt betonowych21. Z czasem powstały przedsiębiorstwa pogrzebowe: „mają za zadanie sprzedaż efektów pogrzebowych, albo też zajęcia się takiemi sprawami, które nie należą do kościoła, jak np. przewiezienie zwłok, lub sprowadzenie z miejsc oddalonych lub z zagranicy".22 Zamożniejsi korzystali z tych usług już od połowy XIX wieku. Za odpowiednią opłatą przedsiębiorstwa te organizowały całą uroczystość aż do pogrzebania na cmentarzu. W przypadku osób ubogich lub też niezidentyfikowanych obowiązki te przejmowały stowarzyszenia charytatywne bądź agendy gmin wyznaniowych23.

Właśnie tutaj, na Bródnie, „Króluje (...) wysoko notowane w rzemieślniczym świecie rzemiosło kamieniarskie, cmentarne usługi pomniejsze. To mocno sklejone środowisko starych mieszczańskich hierarchii, mierzone rangą cmentarnej usługi. Na dole tej hierarchii znajdują się babki cmentarne, sprzątaczki grobów, na górze artyści pracujący w kamieniu powielacze stereotypów żałoby, mistrzowie rytych liter. Ten znakomity przycmentarny świat rozpłynie się jednak niedługo w nowym wielkim budownictwie następnej pięciolatki, kiedy Bródno stanie się osiedlem na skalę Opola i Zielonej Góry".24 Rzemieślnicy ci osiedlali się na obrzeżach Cmentarza Bródnowskiego już od momentu wytyczenia stałej drogi dojazdowej — ulicy św. Wincentego. Pochodzili przeważnie z okolic podwarszawskich — Radzymina, Myszkowa, Marek. „Na Targówku przycupnęli na początku stulecia w oczekiwaniu rozszerzenia granic Warszawy, od dawna zapowiedzianego".25 Pierwsze warsztaty stolarskie, nastawione na obsługę cmentarza, powstawały przy jego południowo-wschodnim narożniku, na wysokości późniejszych ulic Rzeszowskiej, Podobnej i Borzymowskiej. Następne — wzdłuż drogi do głównej bramy".26

Wiele jest zwyczajów związanych z pochówkiem. Obyczaj składania wieńców, przewiązanych wstęgami, przywędrował do Polski z Niemiec, jednak „władza rządowa r. 1886 nosić ich zabroniła, pozwalając tylko składać je na katafalkach lub trumnie w kościele".27

Kartki pogrzebowe — klepsydry — pojawiły się w końcu XVIII w., natomiast nekrologi na łamach prasy w końcu lat osiemdziesiątych wieku XIX. Również żałoba w postaci czarnej odzieży noszona była od połowy XIX w. i powoli zmieniana na rzecz symbolicznych znaków: opasek na rękawach czy aksamitek w klapach ubrań28. Fotografia nagrobna zaczęła pojawiać się na cmentarzach z chwilą rozpowszechnienia się nagrobków lastrikowych. Mogiła z drewnianym krzyżem nie sprzyjała usytuowaniu fotografii. Większość umieszczanych medalionów ma kształt elipsoidalny, odpowiadający „formie imago clipeata, charakterystycznej m.in. dla portretu trumiennego. Forma ta, zarezerwowana była w XVIII wieku dla osób zmarłych".29

Przez długie lata przed bramą Cmentarza Bródnowskiego odbywały się zloty nędzarzy z Warszawy i okolic.

W całej Polsce jeszcze w XIX i początkach XX wieku obdarowywano żebraków i modlących się przy kościołach. W zamian za to zobowiązani byli do modlitwy za dusze zmarłych.30 Dziadów kościelnych, jak ich zwano, otaczano szacunkiem. Przypisywano im szczególną moc wypraszania zbawienia dla grzesznej duszy. Ich modlitwa była pewnego rodzaju ekspiacją za grzechy popełnione za życia przez zmarłego.31 Gdzieniegdzie wierzono, że w postać żebraka może wcielić się osoba zmarła. Uważano, że dając jałmużnę, wybawia się dusze cierpiące w czyśćcu.

"Było ich mrowie, zwłaszcza w Zaduszki. Ich siedziska ciągnęły się kilkaset metrów od bramy wejściowej. Obok prawdziwej ludzkiej nędzy dużo było oszustów i wydrwigroszów. Byli odrażający i tacy pewnie musieli być, inaczej nie wzbudziliby dostatecznej litości, jałmużna nie byłaby dostatecznie częsta i hojna".32

Po każdych Zaduszkach urządzali bale, zwane dziadowskimi. Obfito zastawione stoły świadczyły, że sumy z jałmużny były dość pokaźne. W dzień zaduszny odbywał się kiermasz: „(...) na loteryjce zwanej „bocianką" można wygrać różnego rodzaju zabawki, grzechotki, fujarki, gliniane pieski i inne zabawki odpustowe (...)".33

Obecnie przed bramami nie ma już przejawów tego specyficznego folkloru.

Owi żebracy zapoczątkowali tradycję uczt pogrzebowych. Świętowali w traktierniach, które zaczęły powstawać wokół cmentarzy. Korzystali z nich również żałobnicy, zasiadając za stołami pełnymi jadła i trunków34. Po pogrzebie na Cmentarzu Bródnowskim żałobnicy udawali się do jednej z dwóch karczm. Na wprost bramy głównej usytuowana była restauracja z charakterystycznym okapem, zwana „Krańcową", „Ostatnim Przystankiem" lub po prostu „Barem pod Trupkiem"35, druga zaś, od strony ulicy Białołęckiej o nazwie "Rzym"36. Nie wiadomo skąd wzięła się nazwa tej drugiej. Przyciągała ona gości znakomitym jedzeniem i czystością lokalu. „Ludzie już niemal wiekowi wspominają, jak to po przyjściu orszaku żałobnego do „Rzymu" kelnerzy, zanim usadzili gości przy stołach, składali najbliższym szczere i serdeczne kondolencje. Podobnie zresztą czynił sam właściciel restauracji".37

Stypy w „Krańcowej" stanowiły tradycję wielu praskich rodzin, głównie z Bródna, Targówka i Pelcowizny. Wielu obserwatorów mogło pomyśleć, iż atmosfera panująca w lokalu była „nie na miejscu", jednak Ci, których żegnano, sami za życia uczestniczyli w takich obrzędach, uważając je za wyraz szacunku i przyjaźni38. Prawdopodobnie na-zwa lokalu, w sposób mniej lub bardziej bezpośredni odnosiła się do pętli — swój kraniec miała tam linia tramwaju miejskiego, doprowadzona w 1933 roku39.

Uczty pogrzebowe zwane konsolacjami mają bogatą historię w okresie międzywojennym XX wieku. Żałobnicy, idący w kondukcie na cmentarz, często posilali się w mijanej knajpce. „Na ulicy świętego Wincentego restauracja była w każdym niemal domu".40 Prosto z cmentarza wszyscy udawali się do pobliskiej knajpy. Wspominano tam osobę zmarłą. Każda przedmowa kończyła się toastem: „Gdyby nieboszczyk był z nami, na pewno by wypił dużego kielicha. Wypijmy więc my za niego".41

Utrwaliła się piosenka:
Na świętego Wincentego
Wprost cmentarza bródnowskiego
Piwko się w butelkach pieni
W budce z piwem panny Gieni.
Po pogrzebie, kto żyw rusza
Do Gieni na haberbusza
Tu są zdrówka wszystkich pite
Tych, co odwalili kitę.

Właściciele restauracji przygotowani byli na każdą ewentualność. Orkiestra była również gotowa. Rozpoczynano od „Serenady" Schuberta a kończono „często „slow-fok-sem" na przykład „Czy pani Marta jest grzechu warta?".43 Owe „rozpasane piosenki" były wyrazem triumfu życia nad śmiercią, stąd tak łatwe przechodzenie na stypie ze smutku w wesołość.44

Nic jednak nie trwa wiecznie. Zamknięcie restauracji zostało obwieszczone nekrologiem: „Bywalcy i przyjaciele zawiadamiają z najgłębszym smutkiem, że w grudniu 1967 r. zamknęła na zawsze swoje podwoje Restauracja „Krańcowa" znana także w najszerszych sferach jako „Bar pod Trupkiem"45.

W restauracjach bródnowskich często można było zobaczyć również rodziny cygańskie.

Gdy Cygan umiera „pamięć pozostałych przy życiu ma go chronić na tamtym świecie od głodu i pragnienia".46 Do trumny rodzina wkłada przedmioty będące własnością zmarłego, a które mogą się w zaświatach przydać. Pierwsza żałobna uroczystość: zwana pomana (stypa) odbywa się tuż po pogrzebie w karczmie w pobliżu cmentarza. W Warszawie knajpą, w której odbywała się pierwsza pomana była restauracja na Bródnie47. Na przyjęcia po pogrzebach zamawiali oni jedno danie: ostro przyprawiony gulasz. Sami grali na różnych instrumentach.

W Dzień Wszystkich Świętych Cyganie schodzą się na groby. Na Cmentarzu Bródnowskim jest ich wiele. Odbywają się „cygańskie dziady". Na grobach zasłanych chustami zasiadają, jedzą, piją i częstują przypadkowych przechodniów. Dla pokrzepienia zmarłego polewają grób przyniesioną wodą lub piwem. Na naszym Cmentarzu pochowany jest Michał Lacy — przywódca cygańskiego szczepu Lowari, uważanego za „arystokrację" i lubiącego otaczać się zbytkiem. Nagrobki ich przywódców wyróżniają się okazałością, budowane są ze szlachetnych marmurów i zwieńczone kopułą48. Tak jest i w tym przypadku.

Na granitowej księdze, leżącej przed brązowym popiersiem zmarłego, widnieje napis: „(...) Życie poświęcił wielkiej cygańskiej rodzinie. Jego dni były jak karty wielkiej drogocennej księgi, które zapisywał złotym sercem i hojną mądrością (...) Uczył nas dumy, żeśmy dziećmi naszego narodu".49 Nad popiersiem, na czarnych granitowych kolumnach znajduje się kopuła miedzianego dachu.


 Barkiewicz Z, Z mroków życia. [w:] Psie dusze: nowele i obrazy, Warszawa 1910, s. 181-186.

Tam, gdzie ulica Gliwicka z sąsiadką przecięte Stolarską, Kamienną, Brudnowską tworzą jakby klin, ostrzem do rogatki zwrócony, — tam trakt umarłych i żywych, szlak smutków i ludzkich radości, do cmentarza wiedzie.
Świt listopad. Siódma godzina. jedzie pan Balcer, w czarnej wielkiej budzie wiezie „komplet" na Brudno. Konie truchcikiem wloką po wybojach budę za sobą. Coś w niej kołacze i zgrzyta.
Bo i waga nielada, bo trumna przy trumnie, i w każdej po trupku, w każdej jeszcze dziecko jest w nogach. Czasem i dwoje, gdzie mizerny nieboszczyk.
Zgarnęli to dzisiaj świtku, na Teodora w kostnicy — i jazda! Psia służba, same „niezgłoszone" trupki. I po co taki żyje na świecie, kiedy nawet po śmierci nie ma z niego profitu.
Wi-jo, kare!
U furty cmentarnej zatrzymał się Balcer. Dziad grabarz wstał z ławki leniwie, sprawdził „cedułę"; po chwili ksiądz z kancelaryi się zjawił. Coś szarpnął do siebie, wzniósł kropielnicę miedzianą, i w stronę czarnego pudła, jak buzdyganem, nią skinął; ani jedna kropla nie padła.
Zamarzła choroba... — westchnął siny zakrystian, w podniesionym kołnierzu, z białą chustą na uszach.
Ksiądz znowu coś szepnął, pan Balcer cmoknął na konie.
Przez wody się takie obejdą! — i ruszył w głąb drogi cmentarnej, gdzie kończy się bruk, a poczynają piachy, gdzie drzewo nie rośnie, gdzie pustka żałosna, gdzie nie daj Boże le żeć człowiekowi po śmierci.
Ile gałgaństwa? — ktoś pyta.
Komplecik. Żeby cię frybra! A ja tylko pięć dołów ukopał.
Rad jest pan Balcer z cudzego kłopotu, bo niech się i drugi pomartwi; ale godzą się z troską, klną zmarłych i zmarzłych biedaków.
Białe trumny już w doły zepchnięte i jeszcze jedno wzgardliwe przekleństwo — i jazda! Z idącym dniem ożywia się nieco droga na Brudno. Człek jakiś przyniósł pod pachą jasną trumienkę, spłakana baba przy nim słucha wyrzutów — bo niby i po co do rodzenia się bierze, kiej niezdarzona! Za nimi w siwą szkapię, cztery deski na drabinkach i — kwestya, bo „nieformalnie" chłop umarł i „źle opatrzony", a od miasta już ciągnie „siódemka", tak zwana z racyj istniejących klas sześciu pogrzebowej pompy.
Tu z nieboszczykiem także ceremonii niewiele. Koń sporym stępem idzie, za nim troje dzieci drepcze z jakąś babiną i pies, odpędzany co chwila. Ktoś tam płacze w garstce, choć rzadko za „siódemką" ktoś płacze, ale niechże tam sobie byle bez hałasu, bo i jaki się trafi, co tyle gwałtu na cmentarzu narobi, jakby mu z „pierwszej klasy" ktoś umarł.
Rozumieją jednak ból ludzki grabarze. Oto druga klasa się wlecze. W pióropuszach konie, żałobnicy w lampasach, karawan pod wieńce, a na nim czarny tłum ludzi. Jakaś drewniana zaduma schodzi wtedy na warze grabarskie, woskowy smutek na nich zastyga.
I znowu „siódemka" i „trzecią klasą" ktoś jedzie i znowu godny sunie na Brudno, a tam już pogrzeb się skończył, żałobnicy podkasali płaszczów, jak czarne drapieżne ptactwo, ob-iedli karawan i jadą truchcikiem. Rozwiewają się kapy, i widać koszlawe szkapięta, które przed chwilą tak dumnie potrząsały głowami, i dzwonią blachy i śmiech a z czarnego karawana nagie, zimne kłamstwo się szczerzy.
[...}
lubi człowiek, aby przy wrotach śmierci był szynk. [...] Za stołami gromadki, gromady. Po westchnieniach, żałosnych wspominkach, znowu westchnienia i chwila ciszy. W te przedziały właśnie leje się wódka.
I znowu ktoś wzdycha a inny:
Tak... tak.., Każdemu z nas koniec. I wódka w tern miejscu.
Wreszcie z najsmutniejszych ust pada kwestya spadkowa. Rozgorzały wnet oczy, i chwila, a sypią się zarzuty:
A siostra jeszcze ciepłą poduszkę spod matki wyciągała.
Niby to brat mało rzeczy z domu wynosił?
I jeszcze śmierć ze stancyi nie wyszła, a siostra rondle zabrała.
Toć je będę musiała pobielić... Truciznę Wam miałam ostawić?
[...]
U lady szynkowej tylko spokój niezmienny. Żałobnicy czarnym rzędem tam stoją — statyści tej sztuki, której ludzie dają kir czarnej grozy, żeby była straszniejsza.
[...] I minie noc, a na pustej ulicy pierwszy zwiastun życia się zjawia z łoskotem: — wóz z prosektorium. Jedzie pan Balcer z kompletem na Brudno, tłuką się o siebie „niezgłoszone trupki". A dziecka w nogach.


1. Miliszkiewicz J., Żywe i umarłe cmentarze, "Przegląd Tygodniowy" 1983, s. 9.
2. Krysa P., Na progu wieczności, „Przewodnik Katolicki" [on-line] 2003 nr 44 [dostęp 22.06.04]. http://www.pk.poznan.pl. ISSN 0137-8384
3. Hołodok S. Pogrzeb chrześcijański. „Czas Miło-sierdzia: Białostocki Biuletyn Kościelny", Pismo Wydziału Duszpasterstwa Kurii Metropolitalnej Białostockiej [on-line] 2002 nr 1 (141) [do-stęp 22.06.04]. Dostęp na www: http://www.bia-lystok.opoka.org Yczashr141/art(p_ogrzeb.htm. ISSN 1234-3218
4. Katechizm Kościoła Katolickiego. Poznań 1994, nr 1684-1690.
5. X. S[tanisław] CH[odyński], Pogrzeb [w:] Encyklopedia kościelna: podług teologicznej encyklopedji Wetzera i Weltego z licznemi jej dopełnieniami. t. XX, Warszawa 1894, s. 134-135.
6. Tamże, s. 135-136.
7. Sikora S., Cmentarz. Antropologia pamięci, „Polska Sztuka Ludowa" 1986 nr 1-2, s. 57.
8. X. A[ntoni] S[obotkiewicz], Cmentarze [w:] Encyklopedia kościelna: podług teologicznej encyklopedji Wetzera i Weltego z licznemi jej dopełnieniami. t. III, Warszawa 1874, s. 422.
9. Mórawski K., Warszawskie cmentarze: przewodnik historyczny, Warszawa 1991, s. 15.
10. Wilk J., Cmentarz Bródnowski, Warszawa 1983, s. 5-6.
11. Siła nabywcza pieniądza: zarobki robotnika w 1890 r. w Warszawie ok. 55 kopiejek/dzień; cena funta soli ok. 1895 r. ok. 6 kop. Zob. Szwagrzyk J. A., Pieniądz na ziemiach polskich X - XX w., Wrocław 1973, s. 255, 257.
12. Kalendarz Warszawski 1890, Warszawa [1899], s. 28-29.
13. Tamże.
14. Tamże.
15. Tamże.
16. Cmentarz na Bródnie, „Kurier Warszaw-ski" 1904 nr 286, s. 5.
17. Zborowska H., Humor w genach, Warsza-wa 2002, s. 21-22.
18. Puchalski F., O cmentarzach (dokończenie), „Wiadomości Archidiecezjalne Warszawskie" nr 12, s. 416.
19. Lusiński J., Sto lat cmentarza na Bródnie, „Stolica" 1984 nr 44, s. 22.
20. Zborowska H., op. cit., s. 22
21. A. F., 50-lecie cmentarza Bródzieńskiego w Warszawie, „Wiadomości Archidiecezjalne Warszawskie" 194 nr 12, s. 416-417.

GODZINY PRACY
KANCELARII

 

Poniedziałek, wtorek, czwartek, piątek

Kancelaria - 8:00-15:15
Kasa - 8:00-15:00

Środa

Kancelaria - 10:00-17:15
Kasa - 10:00-17:00

PRZYJĘCIA INTERESANTÓW
PRZEZ DYREKTORA

 

Dyrektor

Wtorek, czwartek - 10:00-13:00

Wicedyrektor

Poniedziałek, piątek - 10:00-13:00
Środa - 13:00-16:00

WJAZD   
NA TEREN CMENTARZA

 

Wjazd na teren cmentarza

Brama od ul. Odrowąża
Dni powszednie - 7:00-15:00

Wyjazd z terenu cmentarza

Brama od ul. Św. Wincentego
Dni powszednie - do godz. 16:00

Prace kamieniarskie

Mogą być wykonywane w godz. 7:00-16:00

GODZINY   
OTWARCIA CMENTARZA

Codziennie od godziny 7:00 do zmroku
Przez cały rok otwarte są wejścia:
- od strony ul. Św. Wincentego 83
- od skrzyżowania ulic Odrowąża , Budowlanej i Wysockiego
- od ul. Matki Teresy z Kalkuty (Chodeckiej), w dni powszednie w godz. 8:00 - 16:00

W soboty, niedziele i święta:
- od ul. Chodeckiej, w godz. 7:00 - 18:00 
- od skrzyżowania Odrowąża i Rzeszowskiej (Staniewickiej) w godz. 7:00 - 18:00

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
62 0.12028098106384